Strony

piątek, 6 stycznia 2012

16 km BC1

Tak było. 16 km BC1 w parku. Bo Jacek powiedział, że będzie osłonięty od wiatru. Tak całkiem to nie był. Deszczem też trochę przesiąkał. No ale będąc w parku nie wiedziałem do końca, jak było poza parkiem. Zakładałem, że gorzej. Swoją droga założenie potwierdziło się po z parku wybiegnięciu :)

Pomijając trudne warunki atmosferyczne oraz długość treningu (2h!) było ok. Pareset metrów ponad 16 udało się zrobić w tempie człapliwym, ale takie tez było ząłożenie.

Przeczytałem dzisiaj na blogu pana Pawła podsumowanie roku 2011. Porównałem to z podsumą 2010 i wyszło mi, że realizowany przez niego konsekwentnie trening, dał baaardzo pozytywny rezultat w zakresie tempa, z jakim robione są treningi. Kilometrażowo moje treningi są dosyć obszerne, prze co poświęcam treningom dużo czasu (które paradoksalnie mam dosyć mało). Mam nadzieje, że da to efekt jeszcze w tym kwartale i będę mógl biegać nieco szybciej poszczególne zakresy, tym samym oszczędzając czas.


środa, 4 stycznia 2012

Wpisowe zaległości.

Rok 2012 rozpoczęty. Dzisiaj pierwszy raz wpisałem na poczcie datę 2012 :) Leci. Rok mistrzostw Europy w piłce nożnej, rok końca świata ale co najważniejsze ma to być rok mojego maratońskiego debiutu! :)

Mam troche zaległości w pisaninie biegowej, więc krótko w odwrotnej chronologii napiszę co się działo.

Wczoraj, czyli 3 stycznia biegałem specyficznego rodzaju interwały. Założenie było następujące:

6km BC1 + interwał 4x4x100m + 2km BC1. Trener wyjaśnił, że mam biec 100m (szybko) potem 20 sek. przerwy potem kolejne 100m potem 20 sek. przerwy potem 100m potem 20 sek. potem 100m i koniec pierwszej serii. Po serii 3 minuty przerwy w wolnym truchciku. Potem kolejna seria i kolejna i kolejna. Razem cztery serie w każdej 4 odcinki 100m. Muszę powiedzieć, że trening mi się bardzo podobał. Był dosyć intensywny. Czułem go w nogach, ale żadnych zakwasów nie było. Ból w prawym kolanie, który udało się porozciągać. Trochę jednak kolano czuję. Nic zobaczymy, jutro 16 km w bc1.

2 stycznia 2012

Założenia: 8km BC1 + podbiegi 80m + siłka w domu. Jak zwykle trener przedstawił dodatkową eksplanację z której wyniakało, że mogę podzilić trening na 6 km + podbiegi + dobicie do dystansu w bc1. W miarę jakoś się to udało. Strasznie dokuczliwy ból w okolicach piszczela prawej nogi złapał mnie po 2 km. Zatrzymałem się na rozciąganie. Trochę pomogło i potem się rozbiegało. Tak. Samo. podbiegów zrobiłem 10 powtórzeń. Siłka w domu mnie zmęczyła strasznie i nie dobiłem do cyfry. Zrobiłem ok 70 powtórzeń w seriach 20,20,20,10: brzuszki, pompki, plecy. Zakwasy na górnej korpusu są:)

31 grudnia 2011.

Miała być Trzebnica. Zrezygnowałem jednakowoż ze względu na plany sylwestrowe która nie pozwalały na wyjazd i troche ze względu na rozregulowania w okresie świąt, o którym niżej. Zrobiłem 12 km. Początkowo spokojnie . Biegło mi się strasznie ciężko. W miarę jednak czasu uczucie ciężkości i beznadziei ustępowało. Po ok. 6 km było spoko. po 7 km przyśpieszyłem przez 1 km do tempa ok. 5.20 potem km ok 6.40 i potem jeszcze raz km w okolicach 5.20. Łącznie trening spokojny z dwoma mocniejszymi akcentami. Razem 12,3 km.


Okres od 24 grudnia do 30 grudnia 2011 to bieganiowa lipa na resorach. Coś tam owszem pobiegałem, ale jakościowo było to słabe. W dodatku w drugi dzień świąt zaliczyłem pierwsze w historii odpadnięcie na trasie. Dotarliśmy już po świętach do Wrocławia. Miałem w planie spokojne wybieganie - tak jakoś koło 16 km. Niestety po ok. 5 km dopadła mnie zemsta świątecznego foodu. Zaczęło się zaraz po wybiegnięciu z domu. Skurcz w brzuchu. Ale nic, myśle. Sie pobiega - się rozbiega. No i się rozbiegało. Nie na długo jednak. Po kilku, może kilkunastu minutach skurcz pojawił się znowu. Zadowolony z siebie, że dałem mu radę za pierwszym razem stwierdziłem, że i tym razem się rozbiega. No i rozbiegał się ! Miałem wtedy plan chytry, że pojawiające się skurcze bedę..... rozbiegiwał :) proste - dwukrotna próba przyniosła pozytywny skutek, więc spokojnie sobie truchtałem. Aż nadszedł on. Skurcz nr 3. Skurcz-Skurczybyk. Nie chciał się dać rozbiegać, nie chciał się rozchodzić. Krótki przystanek pomógł. Skurczybyk odpuścił. Pojawił się znowu gdy tylko chciałem zacząć truchtać. Poddałem się. Na szczęście miałem telefon (jakiś czas temu mając w planie miałem przy sobie zawsze dodatkowo bilet mpk i 50 zł na taksówke:, zwyczaj pochopnie zarzuciłem), więc zadzwoniłem po żonę. Mocno zdziwiona, przyjechała po paru minutach i dotransportowała mnie do domu. Efektem tego biegania jest kilka dziur zrobionych głową w suficie w toalecie =:P

Takie to było własnie bieganie w święta - bez sensu.

Podsumy tygodniowych kilometraży:

Tydzień trzeci: 44 km
Tydzień czwarty: 32 km
Tydzień piąty właśnie trwa i w gruncie rzeczy nie czas jeszcze na podsumy, bo mam za sobą tylko dwa treningi podczas których zrobiłem trochę ponad 20 km.